Jesteś tutajForums / Urbanistyka w praktyce / Czy Izba Urbanistów potrzebuje jeszcze nowych członków?
Czy Izba Urbanistów potrzebuje jeszcze nowych członków?
Obowiązująca ustawa planistyczna, praktycznie od momentu wejścia w życie w 2003 r., rozpoczęła proces odchodzenia od klasycznego planowania przestrzennego, dla którego wymagane jest odpowiednie specjalistyczne przygotowanie zawodowe.
Kolejne, mniej lub bardziej rewolucyjne "specustawy" praktycznie i jednocześnie niezwykle, na naszych oczach, skutecznie kończą proces "odchodzenia". Przyszłość wydaje się już szczegółowo i na długie lata zadekretowana - urbaniści nie będa potrzebni!
Choć działania w tym zakresie wydają się mieć charakter systemowy, budzi jednocześnie zdziwienie ich niekonsekwencja (widoczna gołym okiem)- trwa w najlepsze intensywne kształcenie całej rzeszy nowych urbanistów.
Czy ktoś w Polsce zadał sobie trud odpowiedzi na proste i jak się wydaje oczywiste pytanie: co ci ludzie będą po ukończeniu studiów robić?
- Zaloguj się lub zarejestruj aby móc dodać komentarz

Mnie zastanawiają coraz bardziej dwie rzeczy:
1. Kto ma w tym interes?
2. Dlaczego nasze środowisko nic z tym nie robi?
Zdaje sobie sprawę, że większość urbanistów nie ma pojęcia o tym o co naprawdę chodzi i co się dzieje "na górze"..ale
Ja nie widzę, żeby ktokolwiek robił coś w naszym wspólnym interesie. Odczuwam w naszym środowisku totalne "olanie" tematu. Każdy sobie rzepkę skrobie, nie zastanawiając się na ile tej rzepki jeszcze zostanie.
O poziom aktywności naszego środowiska nie warto pytać. TO pytanie retoryczne. Nikt w nic się nie angażuje, a Izba od czasu do czasu wydaje tylko jakieś uchwały. Za to wszyscy wszystko - często tak dla zasady - krytykują. Ja np. nie rozumiem gdzie na co dzień jest nasze środowisko?... dlaczego np. wzorem izby architektów nie dostajemy choćby tzw. prasówki z wydarzeń urbanistycznych w Polsce?, dlaczego do dziś Izba w powiązaniu z jakimś szerszym forum "wymiany myśli" nie stworzyła "wzorcowego" prawa w zakresie planowania przestrzennego, jako wytycznej do jakiejkolwiek dyskusji z władzą w tym kraju? dlaczego trudno zebrać 20 osób do aktywności na tym forum? dlaczego w kraju w którym są takie problemy urbanistyczne i brakowało internetowego forum wymiany myśli, tak trudno było kogokolwiek namówić do współpracy przy tym portalu? dlaczego nie ma tu Izb? dlaczego uczelnie nie konsultują swoich programów nauczania ze środowiskiem?... no i dlaczego w tv/radio ciągle nt. urbanistyczne wypowiadają się np. socjologowie miasta?... Czasami tracę wiarę w to wszystko. Więc - Quo Vadis?
Próbując odpowiedzieć częściowo na powyższe. Najczęściej urbanista prowadzi własną firmę samodzielnie lub w spółce. Rynek jest taki że często trzeba "ganiać" po kraju za pracą i nie ma czasu na angażowanie się w pracę "pro publiko bono". Inna sprawa. że w mojej ocenie struktury samorządu zawodowego, zamiast być wsparciem przeciętnego członka są w mojej prywatnej ocenie klubem wzajemnej adoracji i klepania się po plecach. Generalnie po przeczytaniu całości wypowiedzi rodzi mi się obraz sytuacji taki: każdy jak mróweczka jest zaganiany przy znoszeniu do mrowiska owoców swojej pracy i nie zauważa że nadchodzi zima. Może czas przestać być mróweczką i rozejrzeć się dookoła i zwrócić uwagę na to co być może się zbliża. Mam nadzieję ze teza postawiona w tym wątku, że urbaniści przestaną być potrzebni okaże się mimo wszystko nieprawdziwa.
W tym miejscu chcę wyrazić swoje wielkie uznanie dla osób tworzących ten portal za determinację i pracę jaką włożyli w to przedsięwzięcie. Od lat czekałem na tego typu medium i cieszę się bardzo że jako grupa zawodowa mamy swoje miejsce w internecie.
„Całość to więcej niż suma jej składników” (Arystoteles)
Próbując odpowiedzieć częściowo na powyższe. Najczęściej urbanista prowadzi własną firmę samodzielnie lub w spółce. Rynek jest taki że często trzeba "ganiać" po kraju za pracą i nie ma czasu na angażowanie się w pracę "pro publiko bono". Inna sprawa. że w mojej ocenie struktury samorządu zawodowego, zamiast być wsparciem przeciętnego członka są w mojej prywatnej ocenie klubem wzajemnej adoracji i klepania się po plecach. Generalnie po przeczytaniu całości wypowiedzi rodzi mi się obraz sytuacji taki: każdy jak mróweczka jest zaganiany przy znoszeniu do mrowiska owoców swojej pracy i nie zauważa że nadchodzi zima. Może czas przestać być mróweczką i rozejrzeć się dookoła i zwrócić uwagę na to co być może się zbliża. Mam nadzieję ze teza postawiona w tym wątku, że urbaniści przestaną być potrzebni okaże się mimo wszystko nieprawdziwa.
W tym miejscu chcę wyrazić swoje wielkie uznanie dla osób tworzących ten portal za determinację i pracę jaką włożyli w to przedsięwzięcie. Od lat czekałem na tego typu medium i cieszę się bardzo że jako grupa zawodowa mamy swoje miejsce w internecie.
Nie podzielam tego optymizmu - czy "ganianie" po kraju za pracą jest dopiero zapowiedzią tego "co być może się zbliża"?
Czy nie jest raczej skutkiem tego co już, niestety, dawno nastąpiło?
To co mamy jest efektem skrajnie nieodpowiedzialnej polityki państwa i jego organów. Dopiero w następnej kolejności jest to odpowiedzialność samorządów lokalnych. Środowisko urbanistów jest o tyle same sobie winne, że nie potrafimy dość głośno upominać się o należne miejsce dla problemów jakimi zajmujemy się zawodowo. Nawet najlepszy fachowiec nie jest wstanie być skutecznym w swoim zawodzie jeżeli nie dostanie odpowiednich narzędzi, a potencjalni odbiorcy jego pracy nawet nie zdają sobie sprawy co faktycznie mogą uzyskać w efekcie współpracy z urbanistą. Taki mamy "porządek formalno-prawny" w kraju. System planowania przestrzennego rozpoczął swój upadek w latach 80-tych XX w. Od tego czasu osłabiona władza centralna przestawała interesować się przyszłością państwa a zaczęła interesować sie przyszłością własną. Przełom 1989 r. na fali decentralizacji ułatwił postrzeganie planowania przestrzennego jako reliktu poprzedniej epoki. Od tego czasu zabrakło myślenia państwowego w planowaniu przestrzennym. Zapomniano, że samorząd lokalny potrzebuje wsparcia państwa dla prawidłowego funkcjonowania, szczególnie w dziedzinie planowania przestrzennego w realiach budowania demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Wydaje się, że był w tym przejaw naiwności albo cynizmu elit. Jakoś te same elity nie zdecydowały sie na wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych twierdząc, że nasze społeczeństwo jeszcze nie dojrzało do takiego poziomu demokracji, ale jednocześnie te same elity uznały, że bez problemu przyjmą się w Polsce wzorce planowania przestrzennego z Niemiec, Wielkiej Brytanii lub Francji, czyli społeczeństw o daleko bardziej rozwiniętych instynkcie odpowiedzialności za wspólne dobro. Pewnie obecnie również sejm ani rząd nie będzie zainteresowany wzięciem na siebie odpowiedzialności za tę dziedzinę funkcjonowania społeczeństwa. Łatwiej jest powiedzieć przecież, że nie są to kompetencje państwa i cześć. Niestety taka polityka w pierwszej kolejności niszczy słabsze samorządy. Rozwijać się będą zatem duże i silne ośrodki wspierane świadomością środowisk akademickich. O mniejsze ośrodki nikt się nie upomni. Bogaty nie zrozumie biednego i tylko się będzie dziwić czemu w takiej czy innej gminie nie ma zrozumienia dla potrzeb bogatszej części państwa i narodu, którzy potrzebują dla własnego dalszego rozwoju energii, dróg i autostrad, anten telefonicznych, spalarni i wysypisk śmieci, szybkiej kolei, itp. luksusów. Zawsze będzie można uchwalić kolejną spec- lub mega- ustawę i po sprawie. Przecież liczy sie dobro całego narodu. Czy 20 lat psucia polskiej przestrzeni i braku efektywności prawa regulującego tę kwestię nie jest wystarczającą przesłanką do zmiany myślenia i działania w tej sprawie. Czy nadal możemy twierdzić, że obecność państwa w tej dziedzinie jest niepotrzebna. Czy Państwo Polskie może i powinno nadal się uchylać od tej odpowiedzialności i włączenia (przynajmniej czasowego) w swoje struktury systemu planowania przestrzennego. Tak jak są ośrodki dokumentacji geodezyjnej i kartograficznej oraz jak ma być tworzony krajowy system informacji przestrzennej, to czyż nie powinno się z tymi systemami zintegrować jednostek koordynujących planowanie przestrzenne w strukturach poziomych i pionowych. Można się oczywiście również zastanawiać czy Izba Urbanistów może coś w tej kwestii zmienić. Odpowiedzi na to pytanie proszę poszukać na oficjalnych stronach WWW Krajowej IU i spróbować tam odnaleźć informację o udziale przedstawicieli IU w tworzeniu prawa, pismach kierowanych do instytucji państwowych, do członków rządu, posłów, senatorów, parti politycznych, czasopism itp. działań będących wyrazem troski środowiska o sprawy polskiej przestrzeni.
We wszystkim zgoda poza jednym stwierdzeniem:
"(...)ale jednocześnie te same elity uznały, że bez problemu przyjmą się w Polsce wzorce planowania przestrzennego z Niemiec, Wielkiej Brytanii lub Francji, czyli społeczeństw o daleko bardziej rozwiniętych instynkcie odpowiedzialności za wspólne dobro."
Problem w tym, niestety, że te "elity" do dzisiaj niczego nie uznały
[...] Najczęściej urbanista prowadzi własną firmę samodzielnie lub w spółce. Rynek jest taki że często trzeba "ganiać" po kraju za pracą i nie ma czasu na angażowanie się w pracę "pro publiko bono". [...].
Nie podzielam tego optymizmu - czy "ganianie" po kraju za pracą jest dopiero zapowiedzią tego "co być może się zbliża"?
Czy nie jest raczej skutkiem tego co już, niestety, dawno nastąpiło?
Mojej powyższej odpowiedzi nie kwalifikowałbym jako optymizmu. Nie ukrywam że odpowiada mi współpraca przy różnych zleceniach z różnymi samorządami, ale nade wszystko nadmierne podróże męczą. Taki stan rzeczy jest efektem takiej a nie innej polityki. I niestety zanosi się w mojej ocenie że ilość tych podróży będzie się zwiększać. A to chyba nie jest normalne. Gdybym chciał spędzać miesięcznie po 72 godziny za kierownicą zostałbym kierowcą.
„Całość to więcej niż suma jej składników” (Arystoteles)
Kształcenie nowej rzeszy urbanistów nie świadczy jeszcze o tym, że ta rzesza będzie pracowała w zawodzie. Każdego roku jest tak, że spośród duże liczby absolwentów GP, czy urbanistyki i architektury, tylko niewielka liczba decyduje się pójsć w stronę planowania przestrzennego. Powodów zapewne jest klika.. jeden z ważniejszych to ograniczona liczba miejsc pracy, w których mozna zdobywać doświadczenie. Ostatnio pojawiło sie "drugie sito" - postępowanie kwalifikacyjne, gdzie poza kryteriami ustawymi trzeba spełniać szereg innych "wewnętrznych" kryteriów. Nie obawiałbym się więc specjalnie o to co Ci ludzie będą robić w przyszłości.. sytuacja ich zmusi do robienia czegoś innego niż planowanie przestrzenne. Ja się martwię o siebie - bo nie chciałbym, żeby mnie też sytuacja do tego zmusiła.
"Na początku niepewnego przedsięwzięcia nasza wiara jest jedyną rzeczą, która może nam zapewnić powodzenie"
Nie obawiałbym się więc specjalnie o to co Ci ludzie będą robić w przyszłości.. sytuacja ich zmusi do robienia czegoś innego niż planowanie przestrzenne. Ja się martwię o siebie - bo nie chciałbym, żeby mnie też sytuacja do tego zmusiła.
Panie Filipie, proszę się nie dziwić jeśli ci od "drugiego sita" dokładnie tak samo potraktują Pana.
Nie będę zdziwiony:) Wręcz tego się spodziewam. Ale robię wszystko co tylko mogę, żeby skutecznie móc się obronić przed taką kategoryzacją.
"Na początku niepewnego przedsięwzięcia nasza wiara jest jedyną rzeczą, która może nam zapewnić powodzenie"
Nie będę zdziwiony:) Wręcz tego się spodziewam. Ale robię wszystko co tylko mogę, żeby skutecznie móc się obronić przed taką kategoryzacją.
Co to znaczy "robię wszystko,co mogę" jak w tej sprawie nie da się nic zrobić?
"Co to znaczy "nic", raczy ktoś zapytać.
Oto anegdota ilustrująca "nasze nic" i specjalistów od sita "wszystko":
Po wejściu w życie ustawy o planowaniu przestrzennym (tej pierwszej "nowożytnej") w 1995 r. rozpocząłem próby uzyskania uprawnień.
Ponieważ miałem odpowiedni dorobek projektowy i pomyślnie zdałem egzamin ze znajomości przepisów prawa raźno udałem się na finałowe spotkanie z wielce szanowną komisją egzaminacyjną aby serdecznie się "wyściskać" ze "starszymi Kolegami w zawodzie". Niestety, nie tak prędko! Otóż, owszem, wszystko było "tenteges majonez" tylko okazało się, że mój dorobek okazał się (dla Szanownej Komisji) w większości na tyle "starej daty" tj. pod rządami ustawy z 1984 r., że w oczach tejże Komisji nie gwarantowałem odpowiedniego poziomu warsztatu urbanistycznego. Nakazano mi "dorobić" trochę pod"nowożytnymi" przepisami", zgłosić się ponownie i już bez egazminu z przepisów poddać się weryfikacji. Niestety, zrobiłem sobie tylko kilkuletnią przerwę (na dojście do siebie). Ostatecznie po roku od pozytywnej weryfikacji wg nowych przepisów zostałem wpisany na listę IU dopiero w 2003 r.
Jeszcze tylko puenta tej całej historii - cała Szanowna Komisja (której nazwiska przechowuję z sentymentem głęboko w sercu) spędziła całe swoje życie zawodowe, zdobyła praktykę, stopnie naukowe i uprawnienia pod rządami ustawy z 1984 r.i jeszcze "starszej daty"!
ale czy my tego dożyjemy? Proponuję rewolucję.
Urzędnik, projektant (dowolnej branży), jego asystent, prawnik, rzeczoznawca majątkowy ,itp., osoba zawodowo uczestnicząca w procesie sporządzania określonych dokumentów planistycznych powinni obowiązkowo być członkami Izby Urbanistów, z odpowiednio opisanymi uprawnieniami. Izba miałaby wówczas wpływ na kształtowanie ich zawodowych zachowań. Oczywiście zakładam, że większa liczba członków w Izbie spowoduje dyfuzję poglądów, doświadczeń i potrzeb, kreując wartościowe inicjatywy w znacznie większym stopniu niż to się odbywa obecnie. Mam wrażenie, że jako środowisko zawodowe nie mamy dobrej marki w społeczeństwie. Ponadto społeczeństwo nie ma tak na prawdę wiedzy o tym czym się zajmujemy i po co robimy, to co robimy.
ale czy my tego dożyjemy? Proponuję rewolucję.
Urzędnik, projektant (dowolnej branży), jego asystent, prawnik, rzeczoznawca majątkowy ,itp., osoba zawodowo uczestnicząca w procesie sporządzania określonych dokumentów planistycznych powinni obowiązkowo być członkami Izby Urbanistów, z odpowiednio opisanymi uprawnieniami. Izba miałaby wówczas wpływ na kształtowanie ich zawodowych zachowań. Oczywiście zakładam, że większa liczba członków w Izbie spowoduje dyfuzję poglądów, doświadczeń i potrzeb, kreując wartościowe inicjatywy w znacznie większym stopniu niż to się odbywa obecnie. Mam wrażenie, że jako środowisko zawodowe nie mamy dobrej marki w społeczeństwie. Ponadto społeczeństwo nie ma tak na prawdę wiedzy o tym czym się zajmujemy i po co robimy, to co robimy.
Koncepcja objęcia uprawnieniami "branż" musiałaby się automatycznie wiązać z ich wyłącznością na takie "branżowe" opracowania.
Panie Piotrze, już ćwiczyłem podobny "model" w zamierzchłej przeszłości postsocjalistycznego biura planowania przestrzennego, gdzie wszystkie role były właśnie tak rozpisane w strukturze biura i każdorazowo powielane dla poszczególnych tematów.
I mam, niestety, same złe doświadczenia w tym zakresie.
Kiedyś nie mogąc się doczekać projektu komunikacyjnego (a czas na mój temat właśnie się kończył) wykonałem ten projekt sam. Całą "kasę" i tak wziął "specjalista od komunikacji" a wcześniej w ramach "przydzielonej wyłączności" na komunikację oficjalnie i przy pełnej akceptacji całego biura zrobił mi awanturę - ale nie za źle zrobiony projekt tylko dlatego że... nie raczyłem go przed posiedzeniem rady technicznej z tym projektem zapoznać!
Gorący pomysł na "rewolucję" wymaga niewątpliwie dopracowania. Myślałem o następujących "branżach" w planowaniu przestrzennym: prowadzenie procedur w administracji gminnej, administracji wojewódzkiej(w tym kontrola), projektowanie lokalne (gminne) (można jeszcze określać uprawnienia wg powierzchni obszarów), projektowanie regionalne (województwo), projektowanie krajowe. Specjalizacje branżowe w urbanistyce byłyby dodatkową cechą uprawnionego oraz mogłyby być nadawane jako samodzielne, wówczas uprawniałyby do samodzielnego przygotowania branżowych analiz i studiów ale nie do samodzielnego projektowania w przestrzeni. Z kolei obowiązek uczestnictwa specjalisty w opracowaniach planistycznych wynikałby z wyraźnej potrzeby zamawiającego oraz wypracowanymi standardami. Przy dobrych chęciach można stworzyć rozsądny system ugruntowany nie tylko w standardach zawodowych ale również i w prawie
Nie będę zdziwiony:) Wręcz tego się spodziewam. Ale robię wszystko co tylko mogę, żeby skutecznie móc się obronić przed taką kategoryzacją.
Co to znaczy "robię wszystko,co mogę" jak w tej sprawie nie da się nic zrobić? "Co to znaczy "nic", raczy ktoś zapytać. Oto anegdota ilustrująca "nasze nic" i specjalistów od sita "wszystko": Po wejściu w życie ustawy o planowaniu przestrzennym (tej pierwszej "nowożytnej") w 1995 r. rozpocząłem próby uzyskania uprawnień. Ponieważ miałem odpowiedni dorobek projektowy i pomyślnie zdałem egzamin ze znajomości przepisów prawa raźno udałem się na finałowe spotkanie z wielce szanowną komisją egzaminacyjną aby serdecznie się "wyściskać" ze "starszymi Kolegami w zawodzie". Niestety, nie tak prędko! Otóż, owszem, wszystko było "tenteges majonez" tylko okazało się, że mój dorobek okazał się (dla Szanownej Komisji) w większości na tyle "starej daty" tj. pod rządami ustawy z 1984 r., że w oczach tejże Komisji nie gwarantowałem odpowiedniego poziomu warsztatu urbanistycznego. Nakazano mi "dorobić" trochę pod"nowożytnymi" przepisami", zgłosić się ponownie i już bez egazminu z przepisów poddać się weryfikacji. Niestety, zrobiłem sobie tylko kilkuletnią przerwę (na dojście do siebie). Ostatecznie po roku od pozytywnej weryfikacji wg nowych przepisów zostałem wpisany na listę IU dopiero w 2003 r. Jeszcze tylko puenta tej całej historii - cała Szanowna Komisja (której nazwiska przechowuję z sentymentem głęboko w sercu) spędziła całe swoje życie zawodowe, zdobyła praktykę, stopnie naukowe i uprawnienia pod rządami ustawy z 1984 r.i jeszcze "starszej daty"!
Czyli nie robię tylko tego co muszę, a wszystko co się tylko da, żeby zdobyć możliwie dużą wiedzę. Obserwując podejście młodego pokolenia planistów (do którego zresztą sam należę) odnoszę wrażenie, że większość ludzi jest zainteresowana przyswajaniem, bez specjalnego zastanawiania się nad słusznością tego co się przyswaja, bądź alternatywą dla tej "słuszności". Skutkuje to tym, że pytanie "z czego to wynika?", bądź "na jakiej podstawie tak sądzisz?" rzuca ich na kolana. Mało jest "poszukiwaczy", dużo jest natomiast odtwórców.. z reguły kierunki wyznacza pierwszy szef, pierszwa pracownia.. są tacy co poszukują dalej i na swoją rękę, ale są i tacy, którym wygodnie uzywać zdania "u nas się tak robiło", "my tak robimy". Problemem jest tu też brak szkoleń, albo szkolenia za taką kasę, która równa jest nierzadko połowie wynagrodzenia takiego młodego asystenta.. to absolutnie nie sprzyja poszerzaniu horyzontów, wyjściu poza swoją pracownię, poza utarty schemat.. a przecież od tego po części (dużej części) zalezy jakość polskiego planowania.
"Na początku niepewnego przedsięwzięcia nasza wiara jest jedyną rzeczą, która może nam zapewnić powodzenie"
ale czy my tego dożyjemy? Proponuję rewolucję.
Urzędnik, projektant (dowolnej branży), jego asystent, prawnik, rzeczoznawca majątkowy ,itp., osoba zawodowo uczestnicząca w procesie sporządzania określonych dokumentów planistycznych powinni obowiązkowo być członkami Izby Urbanistów, z odpowiednio opisanymi uprawnieniami. Izba miałaby wówczas wpływ na kształtowanie ich zawodowych zachowań. Oczywiście zakładam, że większa liczba członków w Izbie spowoduje dyfuzję poglądów, doświadczeń i potrzeb, kreując wartościowe inicjatywy w znacznie większym stopniu niż to się odbywa obecnie. Mam wrażenie, że jako środowisko zawodowe nie mamy dobrej marki w społeczeństwie. Ponadto społeczeństwo nie ma tak na prawdę wiedzy o tym czym się zajmujemy i po co robimy, to co robimy.
Ja uważam, że izby leżą bo nikt im za pracę nie płaci. Nie trzeba być psychologiem, żeby wiedzieć, że zapał do pracy charytatywnej spada proporcjonalnie do upływu czasu wykonywania tej pracy. Wiąże się również z brakiem poczucia odpowiedzialności za zadania, które się wykonuje.. nie chodzi o to, że ktoś ma w nosie i tego nie robi.. ale o to, że każde zadanie można wykonać na kilka sposobów: bardzo dobrze, dobrze, dostatecznie, źle. Wcale mnie nie dziwi, że izby funkcjonują jak funkcjonują. Myślę, że nie tylko ja zastanawiam się na co idą nasze pieniądze ze składek..czy to przypadkiem nie nazywa się "brak gospodarności"?? Utrzymanie biura ok, a reszta? Szkolenia, które są organizowane od święta i tak są płatne. No więc jak to jest z tą kasą? Dlaczego nie przeznaczyć je na pensje i rozliczać z obowiązków? Czy nie jest to uczciwe rozwiązanie? My płacimy i my oczekujemy - izba ma być dla nas a nie my dla izby. Izba ma nas reprezentować, dbać o nasze interesy... a co robi? Wystarczy poczytać wypowiedzi niektórych z Was, żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie. Jak nasze środowisko ma być postrzegane, skoro tworzymy tak marny organizm, który nawet nie ma głosu w ważnych sprawach.. w sprawach które nas dotyczą decyduje się za nas, często bez naszego udziału (bez udziału na własne życzenie). Żeby być dobrze postrzeganym na zewnątrz, trzeba zrobić porządek wewnątrz! Tym się powinni zając delegacji na zjazd krajowy..tam się powinno dyskutować o konkretnych rozwiązaniach a nie o tym czy podwyższyć składkę czy nie.. po cholerę ją podwyższać? Dla samego podwyższania? Bierzesz ode mnie kasę, podaj mi powód, żebym wiedział za co płacę. To powinno być naturalne i rzeczywiste. Jeśli takie nie jest to ja wnioskuję o założenie w KIU wydziału kontroli wydatków i sprawdzania kto jak gospodarzy!
Panie Filipie, wszystko to bardzo fajnie tyle tylko, że rozważamy temat czy Izba potrzebuje jeszcze nowych urbanistów. Jeśli zgodnie rzeczywistością odpowiemy sobie przecząco na to proste pytanie i ta rzeczywistość utrwali się na kolejne lata to cała reszta nie ma większego znaczenia. Zarówno "twórczo poszukujący" jak też tkwiący konformistycznie w "utartych schematach" są skazani na "sprzedawanie marchewki".
Nie będzie się liczyło takie czy inne podejście młodego pokolenia planistów tylko i wyłącznie podejście "drugiej strony" czyli IU. A koń jaki jest każdy widzi...
Panie Filipie, wszystko to bardzo fajnie tyle tylko, że rozważamy temat czy Izba potrzebuje jeszcze nowych urbanistów. Jeśli zgodnie rzeczywistością odpowiemy sobie przecząco na to proste pytanie i ta rzeczywistość utrwali się na kolejne lata to cała reszta nie ma większego znaczenia. Zarówno "twórczo poszukujący" jak też tkwiący konformistycznie w "utartych schematach" są skazani na "sprzedawanie marchewki". Nie będzie się liczyło takie czy inne podejście młodego pokolenia planistów tylko i wyłącznie podejście "drugiej strony" czyli IU. A koń jaki jest każdy widzi...
Nie podzielam aż tak czarnej wizji. Jeśli wzmocni się rola studium, to automatycznie każda gmina będzie wymagała zmiany takiego dokumentu, co będzie się wiązało z dużą ilością pracy na rynku. Z drugiej też strony to wzmocnienie może na jakiś czas zahamować planowanie, bo gminy nie będą miały na to funduszy. Niemniej jednak liczę na to, że ktoś się w końcu obudzi i zadba o naszą przestrzeń i nasz wspólny interes. Miejmy taką nadzieję.. tak tak wiem czyją matką jest nadzieja, ale.. pożyjemy zobaczymy.
"Na początku niepewnego przedsięwzięcia nasza wiara jest jedyną rzeczą, która może nam zapewnić powodzenie"